Opowiadanie Kala

Gnostycy Bogini

Powieść Gnostycy Bogini


(...) Skażenie – pomyślał. Wszystko tu było skażone. Podszedł do okna. Dzieci bawiące się na podwórku też są duchami, może nawet o tym nie wiedzą. Jak przez mgłę przypominał sobie pośpiech, biegających ludzi, stację kolejową, przeładowane wagony i żołnierzy. Wszyscy uciekali przed skażeniem, pozostawiając za sobą wszystko, co budowali przez wiele lat, może przez całe życie. Zawsze tak jest... Człowiek wznosi coś, a potem przychodzi burza i wszystko się wali. O ironio! Nie sądził, że jeszcze kiedyś zobaczy to miejsce. Dawno temu znikło z jego pamięci wraz z pozostawionym tu dzieciństwem. Teraz mieszkają tu tylko szczury i duchy (...)

«» tapety na pulpit HD

Obrazy na pulpit

«»

Część I

autor: Nin

Ze zgrzytem zasunęła żaluzje. Do pokoju wpadało jednak jeszcze trochę światła. Kardyneo Moris założyłby się bez wahania, stawiając resztę pieniędzy, jakie mu zostały po wpłaceniu kaucji. Założyłby się, że gdyby miała pod ręką jakiś koc, zasłoniłaby jeszcze tą małą świecącą szczelinę między żaluzją a parapetem, by nie dać najmniejszej szansy słońcu. Mówiła na siebie Kala, choć na papierach, które udało mu się dla niej zdobyć, widniało imię (Angelina). Jak nazywała się naprawdę — nie miał pojęcia i niewiele go to obchodziło. Żywił do niej uczucie pożądania. Niestety ogarniało go coraz silniej od chwili, gdy tu razem weszli. Niezręczność tego pragnienia wprowadzała go w stan niepokoju. Miała na sobie nieświeżą sukienkę. Jej pot wyczuwał jak pies pragnący dopaść sukę.

Kala była jak mroczny demon, co gorsza sama uważała się za demona. I nie była to bynajmniej przenośnia. Zgrozo, Kardyneo! – Kapłan trójcy w ciemnym pokoju sam na sam z demonicą. Lecz był tylko człowiekiem, może i w służbie Boga, jak mniemał, ale był człowiekiem, na dodatek mężczyzną. Zapewne niektórzy chwyciliby już za krucyfiks, odmawiali modlitwy i pokutowali. Wszystko to jednocześnie, bojąc się tak naprawdę tylko o swoje klejnoty, gdyż udowodnione przed gremium Wyższych Kapłanów poufałości karano właśnie w ten sposób.

Czy jej uwierzył? Jasne, kurwa, że jej uwierzył. Kiedy wybiegł z więzienia z czarnymi stygmatami, nie mogąc zatamować krwi. Przeglądał taśmę z nagraniem jakieś dziesięć razy. Nie mogła tego zrobić w materialny sposób. Władze więzienia nader ochoczo się jej pozbyły. Nikt nawet nie zwracał uwagi na fałszywe dokumenty. Miał jasne wytyczne od przełożonych – dostarczyć ją przed gremium w świętej stolicy Vater. Jutro pomyśli o transporcie.

– Żal mi was – zaczęła podpierając ścianę. – Zastanawiam się czy jesteście tak tępi, czy tak ambitni. Do tej roboty muszą brać chyba jednych i drugich. A ty, do której kategorii należysz? Do tępaków czy do karierowiczów? Zapewne jesteś tępakiem, który myśli, że łatwo dostanie władzę. Typowe. – Rozglądała się po pokoju. – Kupiłeś mi chyba jakieś ciuchy? Czy mam tak stać i śmierdzieć?
Wyszedł zza baru już z otwartym winem i postawił butelkę na stoliku obok łóżka. Nadal milcząc, podał dziewczynie reklamówkę z zakupionym w dobrym sklepie gorsetem i kusą kolorową spódnicą.

– Matko! – podeszła do niego wściekła i wyrzuciła z siatki ciuchy. – Za kogo mnie uważasz, za jakąś dziwkę? Dawaj mi spodnie!

Moris zmieszany i zawiedziony podszedł do szafy, by wyjąć spodnie od swojego garnituru.

– Kretyn, jak mówiłam, z ambicjami i roz

deptanym poczuciem własnej wartości.

Usiadła na łóżku, chwytając się za poskręcane pasma długich włosów i w geście beznadziei, odrzucając je do tyłu, wychyliła się tak, że widział jej uda daleko w głąb obcisłej sukienki. Rzucił w nią spodniami w odwecie za grymasy. Po chwili żałował tego, bo nogawka zasłoniła jej majtki. Weszła do łazienki i usłyszał trzask przesuniętej zasuwki w drzwiach. Podszedł bliżej, przytuliwszy nos do obdrapanej futryny, jakby chciał jeszcze węszyć pozostałości jej zapachu, który nieuchronnie rozproszy się pod prysznicem.
Gdy wyszła z łazienki lustrował bezczelnie nowe ubranie, oceniając jak leży. Musiał sobie pogratulować. Miał oko do rozmiaru: opięty pięknie i wypełniony po same brzegi gorset, potem szare cienkie spodnie, pod którymi zapewne była naga blada skóra pośladków. Pasowały na jej zwinną sylwetkę. No może z jednym małym wyjątkiem – w miejscu, gdzie on trzymałby swoje przyrodzenie, miała niewypełnioną niczym, nadmuchaną jedynie ciepłym powietrzem pustkę.

– Zacznijmy od początku – powiedział, jakby się ocknął z otępienia i postanowił przejść do rzeczy. – Po co tu przybyłaś? Odpowiadaj wyczerpująco. Wszystko będę nagrywać.

Postawił coś, co przypominało komórkę, na stoliku obok czerwonej Faktorii – mocnego wina produkowanego specjalnie dla takich elegancików z dobrymi koneksjami jak on.

– To teraz oficjalnie? Dobra… – odpowiedziała, zdejmując mokry ręcznik z włosów. – Przyjechałam tu, żeby uwieść jednego z waszych wielebnych Kardyneo. Żeby mnie mógł wyruchać i poczuć się bardziej wartościowy. Bo widzicie, przez cały wasz cyrk wyzuliście z niego poczucie własnej wartości, uważa się za gównianego ułomka. Wierząc w wasze bzdety, zrównany z ziemią, nie ma dość odwagi, żeby wierzyć w siebie, a co dopiero w waszego bożka. Tak naprawdę jak bym mu teraz rozdarła arterię, to nawet przed samą śmiercią myślałby, że zniknie, kiedy umrze. Idiota. Problem w tym, że on wierzy w Was, ukochani idioci. Dlaczego? Ano, dlatego, że jesteście wyżej na piedestałach władzy i tylko dlatego wierzy Wam, ufa Wam, wyznaje Was, kocha Was. Naiwniak nieprawdaż? Nawet teraz mi nie wierzy. Ale jak mu powiem, że rozwalę wasz świętojebliwy grajdołek, to mi uwierzy. Powiem wam teraz w zaufaniu, czemu zaszliście tak daleko, by słuchać tego nagrania. Więc proszę wysokiego gremium, bo jesteście jeszcze większymi kretynami niż Moris. Jeszcze bardziej ufni w system, którego jesteście częścią, jak sitko w maszynce do mielenia mięsa. A trybiki im ważniejsze, tym muszą być głupsze. W ten sposób jesteście selekcjonowani do tej roboty. Odprawiania cyrków można nauczyć każdego, ale wiary w to, co robi i w nielogiczności, którym hołduje, można nauczyć jedynie skasowanego intelektualnie kretyna. I dajecie się zarzynać jak świnie w rzeźni zdychając, często i w mękach, dalej nie przestając wychwalać imienia waszego Boga. Tłumacząc Go przed własnym rozsądkiem, że ma w tym jakiś tajemniczy, wyższy cel. Tymczasem cel, moi drodzy i kochani, jest całkowicie prosty do pojęcia, namacalny, jak jeszcze ciepłe wasze ścierwo i nie powiem, że taki znów wyższy… Celem jest wasza świętojebliwa dupa, wasza świadomość, wasza tożsamość, wasza inteligencja, którą On mieli na proch, sprowadza do tożsamości gnijącego mięcha. Po to, żeby wciąż udowadniać, że jest silniejszy, ma władzę absolutną, jest panem życia i zdychania. Ma jaja koleś, co?.. Ano ma, jak wykastruje się wszystkich rywali, to można śmiało stwierdzić, że jest się jedynym z jajami. I tak dajecie się dymać, eunuchy! W imię Boskiej wszechwładzy nad wami i rzekomej Jego nieomylności, wspaniałości, szanownej niepojętości i tym podobnych pompatycznych bełkotów…

– Dość, Kala! – Moris nie wytrzymał i roztrzęsioną ręką wyłączył nagrywanie.

– Wyparcie? Takie typowe dla ograniczonych kretynów.

– Musisz być tak wulgarna? – spuścił głowę, nie chcąc już na nią patrzeć.

– Oczywiście, że muszę! Bo do świń trzeba mówić po świńsku, inaczej nie dotrze. Do aniołów po anielsku i tak dalej, do ptaków polecam ćwierkać… – chwyciła za jego brodę z iglastym zarostem, zadarła mu ją do góry, żeby nie mógł odwrócić od niej wzroku. – Powiedz, czy jesteś aniołem?

– Nie.

– Jesteście wulgarni, rozpasani i bojaźliwi jednocześnie.

– Nie jestem taki – podkreślił, zaciskając zęby z nerwów.

Widziała jak się zżyma, najchętniej pobiłby ją, by udowodnić, kto tu rządzi. Ale obiecał sobie, że nic nie wyprowadzi go z równowagi. Nerwowy tik zaciskania mimowolnie zębów, przyspieszony puls, nienawistne spojrzenia... Zdradzały przypływ adrenaliny. Była jak cholerny wyrzut sumienia. Wrzód na obolałej z wykorzystania dupie.

– Wrażliwy? – wczepiła palce w jego włosy i dłońmi podtrzymywała kark, mówiąc dalej swoje bluźniercze kalumnie. – Gdy słyszysz takie rzeczy, wyartykułowane w ten sposób z ust pięknej kobiety, od razu się bulwersujesz. Gdybyś upił się jak świnia, leżał tu w swoich wymiocinach, zapewniam, że puściłbyś niejedną lepszą wiązankę. Tylko twoje słowa byłyby jedynie przeciągłym skowyczącym jęczeniem. Za wypowiedziane słowa nie brałbyś najmniejszej odpowiedzialności. Pusty bełkot pijaka. – Podała mu butelkę z wymownym naciskiem. – Proszę, nie krępuj się. Tu jest twoje ukojenie.

Moris, przechylił butelkę i pociągnął głębszego łyka.

– Tak… Zamrocz się jeszcze bardziej. Typowe.

– Kurwa, kim ty jesteś? – Złamał się.

Trochę alkoholu i wyszło szydło z worka. Bał się. Nie wiedział kogo czy czego bardziej: czy jej, tego co mówi, czy przełożonych. Za chwilę gotów był nawet uwierzyć w tego mściwego boga, jak zaraz walnie atomówką w to miasto, by ją zgnieść, a on oberwie rykoszetem tylko dlatego, że wsadził paluchy między drzwi. Doprawdy popieprzoną miał pracę.

– Zbawicielem, kurwa, a jak myślisz… – odpowiedziała, podchodząc do zasłoniętych żaluzji – Daję ci właśnie kurację wstrząsową.

– Ja pierdolę… – wziął ostatni łyk wina z zielonej butelki i poszedł po następną.

– Demonem dla ciebie, póki stoisz po przeciwnej stronie barykady niż ja. Aniołem, gdy się obudzisz i zaczniesz myśleć samodzielnie. Wszystko zależy od perspektywy, z której sobie popatrzysz.

– Masz jakiegoś Boga nad sobą? W którego wierzysz, albo no, nie wiem…

– Mam, ale w nią nie wierzę, – lecz ją znam. Ona wierzy we mnie i nie jest nade mną, lecz we mnie i przy mnie.

– Ona? – zdziwił się.

– No tak, wy wierzycie w wielkiego, hierarchicznego, mściwego Fiuta. W tym problem.

– Mylisz się, wierzymy w stwórcę.

– Stwórcę czego? Fabryki mięsnej? Kolesia, który zbudował przetwórnię odpadków i sam się w niej zaopatruje w mięso. Jak się tam on nazywa po waszemu? Henimil? A może Ignacy Prostopadły?...

– Hola, hola... Stwórcę Wszystkiego!

– Wszystkiego, co znacie? Sprecyzuj albo ja to zrobię. Zadbał o to, żebyście znali tylko przetwórnię, którą zbudował. Reszty nie wolno wam znać. Odpadki mają chwalić swego właściciela. Aaa… Zapomniałam. Obiecał wam, że zrobi z was coś bardziej godnego, jak będziecie grzeczni. Coś na miarę rozpuszczenia się w wiekopomnym niebycie? Czy jakoś tak? No jasne… Wtedy nie będziecie już czuli jego kija, ale dla mnie to nawet nie przypomina marchewki.

– Więc teraz Ty przychodzisz do mnie, rozwiążesz swój gorsecik i dasz mi marchewkę? – Wino już porządnie szumiało mu w głowie.

– Nie wiem. Może – odparła, jakby zastanawiała się nad czymś innym. Potem otworzyła balkonowe drzwi na werandę. Światło, które wpuściły, mieniło się fioletem i czerwienią, jednego zachodzącego, a drugiego wschodzącego słońca. Rzuciła do niego, wychodząc na werandę – Nie znasz dzieła stworzenia, nawet nie śmiesz sobie tego wyobrazić. A powinieneś. – Wyglądała teraz naprawdę jak Anioł, gdy jej rozpuszczone loki przeplatały się ze światłem, robiąc sobie ze słońca aureolę.

Zamknął oczy, zasnął. Kala wróciła ze spaceru dopiero, gdy słońce nieznośnie osiągnęło już punkt nad wydziwiastą wieżą ratusza. A ze świątyń dzwony w całym mieście, jeden przez drugiego, wzywały do oddawania hołdu stwórcy tego miejsca. Istotnie, planeta na pierwszy rzut oka była piękna. Noc nie wkradała się tu nigdy, przez co Akutaranie nie bali się ciemności. Żyli w miedzianym ciepłym worku mgławicy Entrux i było im tu całkiem znośnie. No, może nie licząc robactwa, któremu tu żyło się również całkiem znośnie. Tylko z opowiadań pilotów znali czarną jak smoła otchłań kosmosu. Ciepłe rozgrzane skały nigdy nie pozwoliłyby na zimę. Lecz czy był to raj? Pogładziła barierkę, z której złuszczała się farba. Im lepiej im jest, tym trudniej wybudzić ich z dziękczynnego transu – pomyślała. Ta planeta już była marchewką. Gdyby zobaczyli jak wygląda na Ziemi biegun, uznaliby, że żyją w rajskim ogrodzie. Ale umierali jak inni, nawet żyli tu krócej niż na Ziemi o jakieś 30 do 40 lat. Ich organizmy miały szybszy metabolizm, spali po 2 godziny dwa razy na niecałą dobę Ziemską, gdy słońca przez te 2 – 3 h były tuż przy horyzoncie.

Był nadal nietrzeźwy. Spał nieświadomy, wtulając głowę we wzorzystą poduszkę. Usiadła mu na klatce piersiowej, podciągnęła koszulę i dotknęła chłodną dłonią miejsca po lewej stronie, aby jego serce zwolniło tępo do niezbędnego minimum.
Widział ją, jak stała przed gremium. Skupione kolorowe światło z kopuły pałacu Aine Plata muskało jej skórę. Wnętrze zdawało się oddalać, jak gdyby przez chwilę unosił się nad całą sceną. Kapłani zasiadali w półokręgu symbolizującym widnokrąg czasu. Przycienione nisze po bokach sali audiencyjnej skrywały rzeźby wybitnych dostojników, którzy rezydowali tu przed nimi. Na ich obliczach malowało się zniesmaczenie i nuda wieków zastygnięcia w tej samej pozie. Ciche szepty zgromadzonej dziesiątki kapłanów nagle zamieniły się w śmiech. Patrzył znów na Kalę. Stała przed nimi naga, ubrana tylko w swoje długie włosy i naszyjnik utkany z kunsztownej koronki pereł. Kusiła ich wszystkich tak cholernie pięknym widokiem. Lecz nie był tym razem podniecony. Był po prostu zafascynowany tymi wszystkimi okrągłościami, wgłębieniami, niedopowiedzianym kształtem za jej puklami włosów. Oni bezcześcili swym wzrokiem to zjawisko, śmieli wystawiać swe języki w kpinie i pogardzie. Dlaczego? Dlatego, że mówiła wprost ich tajnym językiem – Tak, byli wulgarni, rozpasani i bojaźliwi i to strach kierował ich w niesmaczną kpinę. Byli naprawdę jak spasione stado świń, gotowych na to, by ją splugawić brudnymi racicami, umorusanymi w odchodach, w których na co dzień się tarzali. Stała do niego tyłem. Spod gęstego, perłowego naszyjnika poczęły wyrastać jej dodatkowe ramiona. Podszedł bliżej bezwolny jak manekin, uniósł leżący przed nim miecz i wręczył posępną rękojeść w jej zimną, bladą dłoń. Ruszyła na nich, dzierżąc wiele mieczy – nie tylko ten, który sam jej dał. Nagle poczuł się zdrajcą, dotarła do niego świadomość, że wydał swoich na śmierć! Skulił się z przerażenia. Jęknął, gdy rzuciła pod jego stopy pierwszą z zakrwawionych głów. Znał tego poczciwego starca Herytyna. I chodź zawsze stał na straży moralnego porządku, nigdy nie nadużyłby władzy. Nikomu nie wadził!
– Kurwa, przestań. Oni nie zasługują na to! – wykrzyknął. – Błagam Cię… Błagam... Słyszysz? – złapał się za głowę. Wyrywając włosy, zanosił się od ryku. – Wierzę w Ciebie! Tylko błagam, przestań! Przestań! – krzyczał.
Ale jej miecze pracowały nieprzerwanie. Oni nie przestawali się śmiać. Charcząc, dławili się śliną i krwią. Lecz cały czas się śmiali. Ich oczy były puste, zasnute kataraktą. Kilka słów uderzyło Morisa, gdy któryś z nich, zanim zamilkł z poderżniętym na wpół gardłem, zdążył wykrzyczeć:

– Chwalmy Pana!

To tylko sen – pomyślał, zasłaniając twarz przed makabryczną sceną. Gdyby uciekali, błagali o litość, zrozumiałaby to. Na pewno by to zrozumiała. Na pewno. Chciał ich ostrzec, poinstruować, że trzeba się ukorzyć, kajać, błagać, że wtedy na pewno ona zrozumie. Że to monstrum, którym tak na prawdę nie jest, zostawi ich przy życiu. W głowie pulsowała mu krew. Przestał krzyczeć. Upuściła miecze na posadzkę. Z arterii wystających z szyj korpusów sączyła się brunatna maź pompowana przez bijące jeszcze serca. Brunatne pasma scalając się kałużą, dopłynęły do jego stóp. Było już cicho. Nikt się nie śmiał. Kala trwała na podwyższeniu bezkarna, gotowa teraz i jego pochlastać jak pietruszkę.

– Dlaczego to zrobiłaś? Byli może wstrętni, ale przecież nie zasługiwali na to – mówił przez łzy.

– Nikt, nie zasługuje… Ale tak się dzieje. Nie ja ustaliłam tu prawa przyrody. Ścigam Tego, który w ich głowach umościł sobie leże! Odcinam od tułowia tylko tę część, którą On włada.

Chwycił za włosy jedną z zakrwawionych głów, jakby chciał ocenić, czy można ją z powrotem przyszyć do tułowia. Lecz czerep uśmiechał się do niego w nieuchronnym grymasie śmierci, a ze źrenic wyzierała dziwaczna cząstka zaciętości.

Kala zbliżyła się do niego. Krwawymi piersiami przylgnęła mu do czystej białej koszuli, malując na niej czerwone plamy. Moris zsunął się na kolana, błagając o litość. Spoglądając w górę widział, jak długim językiem zlizuje z naszyjnika, pachnącą żelazem krew kapłanów. Po środku żylastych białek jej granatowe źrenice świdrowały go boleśnie.

– Moorisss… – syknęła przeciągle i zapytała – Której głowy mam Cię pozbawić?

– Zerknął wymownie na przyrodzenie i skulił się w beznadziei, bo już wybrał, już wiedział, co się działo.

«»

Moris jęczał. Zwinięty w pozycji embrionalnej. Pokonany, niekoniecznie przekonany, czuł się teraz kaleką. Dygotał z nerwów. Przetarł trzęsącą ręką mokrą od łez twarz i otworzył oczy. Siedziała tam w fotelu, jak gdyby nic takiego się nie stało. Była pieprzonym demonem. Gardził nią. Powinien od razu związać ją, zacząć egzorcyzm, a on jak kretyn dał się podpuścić, dał się kusić, dał się upić. Naprawdę był kretynem. Krocze bolało go makabrycznie. Zsunął się z łóżka na podłogę i z trudem wczołgał do łazienki. Nie było żadnej cholernej krwi, ale worek był pusty, jakby urodził się bez jaj! Pieprzona kurewska suka! Czarownica! Demon z piekła rodem… – wyzywał ją jeszcze tak dobre pół godziny, zanim zdecydował się na wyczołganie z łazienki z powrotem w kierunku łóżka.

– Jesteś usatysfakcjonowana suko? – Zapytał, zaciskając zęby, gdy podciągał się za poręcz.

– Usatysfakcjonowana? – Powtórzyła jak echo. – Skądże. Uznałam, że mój pierwszy wyznawca nie powinien wciąż ślinić się na mój widok, bo to bardzo irytujące.

– Popierdolona suka.

– Nadal mnie obrażaj, to utnę nie tylko to, co było ci zbędne. Zresztą i tak zabraliby to twoi przełożeni. Oszczędziłam im tylko kłopotu. Przesłałam im to nagranie. Jak myślisz? Dobrze to przyjmą?

– Przynajmniej by nie bolało aż tak bardzo. – Przymknął oczy i do czoła przystawił sobie butelkę, żeby ochłonąć.

Nawet technicznie rzecz biorąc, nie mógł jej tam zabrać. Nie mógł nawet wstać, co dopiero chodzić. Dziś nigdzie nie pojadą. Nie chciał nawet myśleć, do czego będzie zdolna, gdy stanie przed gremium. To było takie surrealistyczne. Może zabić ją jakoś? Otruć, wypędzić? Może serce trzeba przebić jakimś poświęconym kołkiem? Może platyna, cukier? Cholera, nie – cukier był w herbacie, którą pili – zastanawiał się, wyobrażając sobie nie bez satysfakcji, jak ginie. Jak wbija w nią kołek, prosto w jej przeklęte serduszko.

«»

– Eureka! Jesteś cholerną dziwką Diabła!

– Daj spokój. I znów kolejny Fallus, któremu można śmiało bić pokłony, jak pragnie się czegoś z wyższej półki.

– Nie! A wcale nie, bo wiem, że diabeł nieraz przedstawiany był w kobiecym ciele. Rozgryzłem cię, demonico!

Śmiał się, jakby właśnie oszalał, otrzymując nadmierną dawkę oświecenia, które dopiero co sprecyzowało się na skutek wypowiedzianych słów. Bo jeszcze do wczoraj nawet nie wierzył, że istnieje Diabeł.

– Doprawdy? – podeszła do niego, wsadziła rękę do kieszeni spodni, które miał na sobie. – Tu cię mam – powiedziała do siebie, wyciągając jego portfel.

Chwilę go przeszukiwała. Potem cisnęła nim w kąt bez zainteresowania. Grube banknoty wypadły zwiniętym rulonem tuż obok łóżka. W świetle trzymała w palcach niewielką monetę.

– To jest twój Bóg i Diabeł. – stwierdziła.

Podniósł się na łokciach, nie mogąc pojąć, co znów ma na myśli.

– Oświeć mnie kobieto, bo nie jarzę twoich skrótów myślowych.

– A więc dwuwymiarowy idioto, Twój Bóg ma rozdwojenie jaźni. To jedna i ta sama istota, tylko pokazuje się wam, naciągając na twarz dwie maski. Dla każdego coś miłego. To daje poczucie jakiegoś wyboru w tym jego pierdzidołku. Dwie drogi do wyboru, prowadzące do jednej gilotyny. – zaśmiała się demonicznie. – I to są twoje drogi „Dobra” i „ Zła”, które tkwią w waszych Świętych Zwojach. Lecz tak naprawdę obu Twarzom chodzi o to samo: o wasze nieświadome niczego duszyczki. On chce dla siebie to, co powinno należeć tylko do Ciebie. Twojej małej miauczącej niedorozwiniętej duszyczki – czyli Ciebie, kotku! Bo włóż pomiędzy bajki, że jesteś skafanderkiem kosmicznym z kupą mięsa w środku. Dotarło? I kto tu jest tak naprawdę dziwką Diabła, ja czy ty?

Gapił się na jej obcisły czarny gorset z niedowierzaniem. Chciał wyprzeć to, co powiedziała. Zaprzeczyć. Ale nie wiedział, co ma powiedzieć. A jeśli miała rację? Zrobiło mu się trochę przerażająco. Może kolejny raz, ale teraz zrobiło się jeszcze trochę bardziej przerażająco. Dobra, więc jest Buntowniczką przeciwko Bogu i Diabłu – co za paranoja? I chce żeby... Niby czego chce od niego?

– Chcesz mojej duszy?

– A na co mi ona? Gratulacje, niezły teścik! – klasnęła radośnie w dłonie podekscytowana. Pogłaskała jego krótko ostrzyżone włosy. Potem pocałowała w policzek i nie odsuwając pięknej twarzy, szepnęła do ucha. – Ależ ty się musisz męczyć, biedaku. Pokażę ci kawałek doskonałego dzieła stworzenia, którego nie pamiętasz.

Świat zawirował, a on zapadał się w siebie, wciskany w głąb, znowu zapewne za sprawą jej czarów. Stanął w wodzie, sięgała do kolan. Rzeka nieruchoma, bez swego nurtu, jak w kanale Nartom. Połyskiwała, gładka. Był sam. Wszystko tonęło w mroku. Nad głową czuł chmury, malownicze jak pęki przetaczających się, poskręcanych zielonkawych fal. Pośpieszył kilka metrów kanałem, do oświetlonego czerwonym światłem korytarza. Wyszedł na szkarłatny dywan. Był tak ładny i wzorzysty, że natychmiast zaczął szukać swojej komórki, aby nagrać film. Nerwowo poklepywał się po wszystkich kieszeniach. Cholerna komórka, nigdy jej nie mam, kiedy jest potrzebna – narzekał w myślach, odkrywając co rusz ciekawszą rzecz. Dotknął ścian, tapet właściwie. Nie rozumiał tego, co widział. Zrobić film, zdjęcia... Czemu nie mam komórki?! Szedł dalej i zaczynał mieć wrażenie, że zwiedza dziwne muzeum. Wokół niego było mnóstwo złoconych ornamentów, obrazów, zasłon przepinanych pod same sufity. Z fikuśnych kasetonów wyzierały płaskorzeźby. Piękność, ładność tego, polegała przede wszystkim na tym, że materia była dynamicznie wypełniona światłem. Nie było tu świecy czy żarówki, która mogłaby zgasnąć. Praktycznie nie istniało w tym miejscu jakiekolwiek źródło światła, które dominowałoby bezwzględnie. To wszystko było utkane z mikroskopijnych świecidełek, lśniło jak kosztowności w soczystych kolorach. Przedmioty w swych kształtach przenikały swą jasność i koloryt z otoczeniem, spotykając się z inną jakością gdzieś pośrodku w zawirowaniach powietrza. Jedna forma drugiej, mocniej lub słabiej, nadawała w jakiś sposób blask. To właśnie chciał nagrać, upamiętnić, przekazać, kiedy wróci. Uwierzytelnić nagraniem, zdjęciem, czymkolwiek – myślał. Mógł to jedynie oglądać samotny, bez świadków. Po prostu szedł pustymi korytarzami mijając co chwilę piękniejszą muzealną salę. Spacerując, zatoczył koło i znów stał nad płytkim kanałem. Po drugiej stronie rozciągało się miasto – zawoalowane, niedopowiedziane. Wydawało się opuszczone. Przyglądał się wodzie. Dotykała podłogi i wzorzystego dywanu. Dywan jednak nie zamakał. Był suchy jak jego buty, które musiały już zdążyć wyschnąć.

Podłoga w kolorze czystej zieleni błyszczała jak wyszlifowany szmaragd. Ruszył wzdłuż kanału zadaszoną aleją. Mijał jedynie rytmicznie poruszane powiewami chłodniejszego powietrza pukle różowych firan, układane w baloniaste filary. Nigdy nie widział czegoś równie romantycznego. Gdzieś w duszy zaczynał już tęsknić i pytać, dlaczego stanął w tym zaczarowanym miejscu sam. Przystanął w przestronnej sali, w której na środku zastał rzeźbiony samotny fotel. Okręcił się z zaciekawieniem. Strzeliste ściany biblioteki, a raczej – Sali Papierowych Zwojów – były pod sam sufit skrzętnie wypełnione zwitkami papieru. Delikatnie wysunął jeden z nich i po chwili stwierdził, że wszystkie wtulone w siebie zwoje są listami. Już miał zamiar dokładniej zbadać list, gdy obok niego pojawiła się właścicielka. Spojrzała na niego przelotnie i usiadła w fotelu. Matko, jakie to było zjawiskowe! – Gdy usiadła, jej twarz napełniła różana poświata zawieszonego nad fotelem baldachimu. Światło dosłownie zafalowało dwoma odcieniami różu na jej czole i policzkach. Stał jak wryty, ogarniając wzrokiem jej czarne włosy, które niezgrabnie spięte, przesypywały się właśnie na długą, jasną, wydekoltowaną suknię, kontrastując z delikatnym różem jej miękkich rysów twarzy. Coś kazało Morisowi spojrzeć jeszcze raz na ściany. I wszystko stało się jasne. To tu są wszystkie życzenia, błagania, żeby było dobrze, wreszcie dobrze, to tu są i jego listy, które pisał, gdy umierała Dalika, gdy został sam… Zerknął na nią wstydliwie, ale Ona też była sama, sama w tak wspaniałym domu...

Ocknął się, zanim zdołał cokolwiek powiedzieć.

– O Matko! – Moris złapał się ramienia Kali. – Czy to prawda?

– Co jest, robaczku? Za piękne, żeby było prawdziwe? No widzisz teraz, jak się czuję. Mam podobny problem. Tylko odwrotnie – przemierzam czas i przestrzeń w kosmosie i widzę tu takie rzeczy, że uważam To za koszmar mojej wieczności, bo: „za straszne, żeby było prawdziwe”.

– Można by było teraz debatować, skąd ludzka słabość do klejnotów, sztuki, chciwość, niepohamowana ambicja, żeby otaczać się wspaniałymi rzeczami...

– To nie słabość. Raczej wycie… Do czegoś, co zostało utracone! A namiastki nigdy nie wystarczają. Więc chcecie więcej i żeby mieć więcej, trzeba oddać więcej, zarobić więcej kasy, , żeby mieć namiastkę tego, czego się naprawdę chce. To prostacki mechanizm, który was nabija w butelkę. Robi z was niewolników nigdy niespełnianych pragnień. Wiesz, czego ci trzeba? Niezłej zabawy, a nie uświęcania i pokuty. Niezłej zabawy i całego tego przepychu, z którego cię odarli, mój drogi. Pragnienia nie są niczym plugawym, lecz ich realizacja w tym Świecie splugawiła je okrutnie, bo sprowadza wszystko do namiastek, które są oszustwem. W kopalni biedacy wykopią kamień, który można oszlifować. Ty kupisz go, płacąc własną duszą za coś, co ci się należy. A biedak zdechnie z głodu, płacąc własnym życiem, by spełnić czyjeś pragnienie. I tak to się kręci, kochanie. I mieli w maszynce mięsko i duszyczki wasze wsysa w kółka zębate, żeby was mielić, i mielić, i mielić…

Być może powoli, powoli zaczynał ją rozumieć. Gorycz, którą przełyka, patrząc jak się to wszystko kręci. Może tak to widziała, może ostrość widzenia wynikała z czasu, który – jak mówiła – był długi i nieprzerwany zakończeniem życia. A jego? Co jego czeka? Śmierć? Zapomni to, co teraz odkrywa? Nie wydawało się to już miłą perspektywą – „świętego spokoju”. A co, jeśli go wcale nie ma! Tylko wszystko znów powtórzy się od początku? Urodzi się, potem pożyje sobie beztrosko, latając za zajączkami na ścianach, a potem zdechnie, a potem znów i znów…

– I co chcesz z tym zrobić, zbawicielko? – zakpił.

– Teraz pójdę po coś do jedzenia, bo nie masz tu nawet zdechłego szczura – powiedziała, kręcąc się za barem. Chwyciła jego portfel i wyszła z pokoju.

Chwilę gwizdał, gapiąc się bezmyślnie w sufit. Potem zerknął na monetę. Leżała porzucona na stoliku, obok pustej butelki po winie. Moneta – jego Bóg i Diabeł w jednej osobie. Wziął ją w palce i zaczął nerwowo obracać. W pokoju rozległ się szyderczy śmiech, przemieszany z pochlipywaniem. Potem Moris nagle spoważniał i wycedził z siebie monolog:

– Pan Helimil? Puk, puk... – Postukał w główkę wygrawerowanego popiersia wodza. Kim pan jest? Jak na pana mówić? Panie Bożóchna? Czy wręcz przeciwnie? Nie… Toż to przecież Pan Wszechmogący! Hm… Nieładnie… Kurwa, znów mnie ignorujesz? Oddaj mi, kurwa, jaja! Nie chcesz oddać? To może z twoim kumplem pogadam. Może będzie trochę rozmowniejszy? Jak myślisz? – Odwrócił monetę rewersem do siebie. – No! O duchu nieczysty, panie Diable bardzo mocarny, upadły… Z otchłani przybądź tu. Mówię Ja, Twój gotowy do zawarcia paktu wyznawca! Oddaj mi jaja! – Nagle do drzwi ktoś zapukał.

– Zamówienie dla pana. Jajka po Kantjańsku.

– No! I to kurwa rozumiem! Jasne, że zamówienie, jakbym nie zamawiał, to byś tu nie przyszedł, siermięgo. Wejść!v Do pokoju wszedł młody chłopak, pośpiesznie podając ciepłą paczuszkę.

– Ile płacę?

– Nie, proszę pana. To na koszt firmy. Pana żona robiła zakupy, a to jest promocja. Nic pan nie płaci.
– Więc gdzie mam podpisać odbiór paczuszki?

– O tu. Dziękuję.

– A… Chwileczkę – zatrzymał chłopaka w niepewności. – A gdybym zamówił coś jeszcze? Głowiznę przyrządzoną na dziko w sosie koperkowym, ale musi być koniecznie z mojej żony!

Chłopak zlustrował go z przekąsem.

– Dobre! Dobry żart…

– Nie, kurwa, mówię poważnie. – Walnął pięścią w stół. – To nie jest żart! Niech ją złapią, obetną głowę i mi ją przyrządzą! Oddam za to duszę! Błagam… – jęknął.

Chłopak wybiegł z pokoju, zanosząc się od śmiechu i pukając się wymownie w czoło.

– Myślisz idioto, że On będzie kupować Coś, co już należy do niego? – W drzwiach stanęła Kala, dzierżąc w papierowej torbie zakupy.

Po jedzeniu, gdy znów nadchodził ten magiczny czas pojawiania się pierwszego i znikania za horyzontem drugiego ze słońc, Kala stwierdziła, że już czas, by odwiedzić gremium Kapłanów.

– Nie licz na mnie – powiedział zirytowany Moris. – Za nic nie doprowadzę do tego spotkania. Nie po tym, co mi zrobiłaś. Nie po tym, co widziałem, że chcesz im zrobić. Nie licz na mnie!

– Bunt? Moris… Może chcesz, żebym porozmawiała z twoim przyjacielem, Nekarym. Może on będzie bardziej ochoczy do współpracy? Jak myślisz? Gdy ty tymczasem przykuty do łóżka poczekasz tu bezczynnie na koniec świata? Powiem mu, że mnie zawiodłeś, rozczarowałeś i musi mnie pocieszyć i zadowolić za ciebie.

– Idź, proszę. Nie obchodzi mnie to. Ale nie będę przykładać ręki do mordu, który planujesz.

– Myślisz, że możesz ze mną negocjować?

– Tak. Ulecz mnie. Wtedy pójdę.

– Hm… No widzisz jednak wszystko jest tu kwestią ceny… Idź więc do łazienki, ściągnij swoje spodenki i naciesz się. To był tylko taki mało smaczny żarcik. – Roześmiała się.

Moris rzucił się w kierunku zielonych drzwi. Zatrzasnął je za sobą i ściągnął pośpiesznie spodnie. I okazało się, że wszystko jest na swoim miejscu, nietknięte. Odetchnął z ulgą, osuwając się na kafelki. – Bardzo śmieszne – powiedział do siebie. Ogolił się, pochlapał twarz mlecznym balsamem i przeczesał włosy. Doprowadzony do porządku, wyszedł ostrożnie z łazienki. Chciał zwiać, ale obawa, że go odnajdzie i może wtedy nie być już tak miła, powstrzymała go.

– Zbieramy się – zakomenderowała wpatrzona w zmęczoną twarz Kardyneo.

Zabrał tylko portfel i komórkę, a potem stanął posłusznie przy drzwiach wyjściowych.



powrót na górę strony