Gnostycy Bogini

Powieść Gnostycy Bogini


(...) Wampiry... Krople krwi... Pragnienie. Poczuł się samotny. Wiedział, że odtrąciła go w ostatniej chwili. Dlaczego? Nie był godny nawet tego, by pozostać z nimi. Szedł znów na cmentarzysko. Jego umysł słaniał się głodny i niespokojny. Szara tafla pojawiła się nagle przed jego oczyma. To było morze, tamto, o którym marzył, ale wszystko było martwe, skamieniałe. Statku nie było, pozostała po nim jedynie urwana skała (...)

«»

Kala Część I


(...) – Nadal mnie obrażaj, to utnę nie tylko to, co było ci zbędne. Zresztą i tak zabraliby to twoi przełożeni. Oszczędziłam im tylko kłopotu. Przesłałam im to nagranie. Jak myślisz? Dobrze to przyjmą?
– Przynajmniej by nie bolało aż tak bardzo. – Przymknął oczy i do czoła przystawił sobie butelkę, żeby ochłonąć.
Nawet technicznie rzecz biorąc, nie mógł jej tam zabrać. Nie mógł nawet wstać, co dopiero chodzić. Dziś nigdzie nie pojadą. Nie chciał nawet myśleć, do czego będzie zdolna, gdy stanie przed gremium. To było takie surrealistyczne. Może zabić ją jakoś? Otruć, wypędzić? Może serce trzeba przebić jakimś poświęconym kołkiem? Może platyna, cukier? Cholera, nie – cukier był w herbacie, którą pili – zastanawiał się, wyobrażając sobie nie bez satysfakcji, jak ginie. Jak wbija w nią kołek, prosto w jej przeklęte serduszko. (...)

«» tapety na pulpit HD

Obrazy na pulpit

«»
Poezja Nin  
 
«»

Nin

Sen

Gdy spałeś przykryty piaskiem
Usiadłam obok ciebie
Słów ni muzyki nie było lecz odgłos dudniący
Posłuchaj, szarpnęłam twój mankiet stalowy
To idzie czas a za nim legiony
Gorące to były dni gdy tu stanąłeś
A białka oczu okrył proch
Nieżywy wpatrzony gdzieś w tył
Czy teraz jesteś zwykłym człowiekiem?

Zwykły człowiek chce spać
Zwykły człowiek zna smak rozpaczy
Zwykły człowiek kradnie radość z gwiazd
Zwykły człowiek dobrze śpi
Wczoraj doglądałeś swego domostwa
Dziś lecąc po orbicie paktujesz ze słońcem
Jutro przyjdzie i na ciebie pora
A kiedy wpadniesz do mnie na filiżankę kawy?

Zapytasz, czy chcę spać
-Nie
Zapytasz, czy znam smak rozpaczy
-Nie
Zapytasz, czy kradnę radość z gwiazd
-Nie
Zapytasz, czy dobrze śpię
-Nie
Wczoraj doglądałam swego domostwa
Dziś lecąc po orbicie paktuję z Marią
Jutro była u mnie pora
A kiedy wpadniesz do mnie na filiżankę kawy?


Fraszka dekadencka

Lubisz cedry i modrzewie
Lubisz łąki i ruczaje
Na twą łąkę spadnie ogień
Na twe laski zaś huragan
Ciebie za to zjedzą mrówki
Bo byłeś taki malutki

Nad ruczajem leciał ptaszek
On też nie miał lekko
Bo za milą zżarło go słoneczko
Kędy dróżka kędy zioło
Tu marności wschodzi Koło


Porno

Permanentne czyste zło
Przytulam wieczorem do poduszki
Tak przyjemnie grzeje
Obrazki kolorowe, czasem opisane
Walc dla aktorów, dramat dla poety
Pociecha narasta w ułomnym ciele
Splecione ręce i nogi
Idziemy na stracenie

Na krużgankach w moim zamku
Można wszystko
Ani pychą tu nie grzeszę
Ani zgoła inną miarą
Niema grzechu jest po prostu życie
Mrok czeluści
Pisk pręgierza
W zakamarkach nietoperze

W lochach zamku dziewkę trzymam
Dla rozpusty, dla zabawy
Chustką łzę jej otrę z twarzy
Miarą uciech zmierzę zamek
Miarą wszystkich dni roboczych
Powiem - Doskonałość


Przestroga

Lecąc ponad światem perłowych marmurów dostrzec można lamęt
Gdy usłyszysz już szept aniołów pieśni
Zaklęta opończa spadnie
Wolność powiesz

Ten co prowadzi z nami wojnę władzę nad tobą traci
A słudzy już mu niosą donos
Szermierz bez rąk
I bez kaganka
Lunatyk


Pochowani

Przyszedł grabarz by pogrzebać moich przyjaciół
Zawsze tak robił
Już czuję w powietrzu zapach cmentarnej woni
Płonie myśl jak pochodnia
Gdy zgaśnie, pochowam przyjaźń

Zawsze tak robiłam
I powiem tak
A oto drzewo życia na cmentarzu moich przyjaciół
Pije z nich soki w zapamiętaniu jak noworodek
Już nawet nie płaczę
Nawet nie pytam
Piszę a złość nie przechodzi


Piekło Ikara

Tu morze ognia
Ku niemu zdąża dojrzałość
Co jak ślepy omam
Prawda tu cichnie
Na ziemię spada okruch
Lecz oto z kwarcu bławatek zakwita
Zmyślnie rośnie
Nie trzyma go gleba
W żabkę się przemienia
Królewna ją całuje choć to nie bajka
Dziecię reanimuje
Lecz często na próżne idą te zabiegi
Bo gdy chłopię dorasta skrzydeł jako Ikar pradawny pożąda
By wzbić się wyżej w dalekie niebiosa
Tu morze ognia
Ku niemu zdąża dojrzałość Ikara
Co jak ślepy omam
Ikar spada
Nie ma Ikara?
Nie, Ikar spada
Kwarcem błyszczy
Bławatkiem rozkwita
Żabą śmierdzi
Ona znów go ucałuje...
Zaśpiewa mu piosenkę o tamtym miejscu
Powie, że tęskni


Szaleńcy

Popatrz w czerwone oczy tam szklą się oczy wilka
Pospołu odeszli lecz nie pospołu wracali
Nawracani mój dotyk czują kolejno
Choć teraz martwi jutro żyć będą
Choć o wsparcie nie proszą
W moje usta wejdą i głosem moim się staną
Pokorą nie zalśnią
Na dnie oka szaleństwa inni widzieć ich będą
Lecz kłaniać się im nie będą.
Rysą twarz mą namalowali
Lecz to nie była ich wola


Wampir

Wampir skinął na mnie zza zasłony
Uśmiecha się
Karmazynowa krew w kąciku ust nie wyschła mu po zaschniętej zbrodni
Wampir zerka na mnie zza zasłony
Patrzy się
Wiem żeśmy podobni
Lecz on sługą zwaśnionych rodów
A ja przybywam nie w pokoju.


Bluźniersto

Tu gdzie prawem jest bluźnierstwo
Nie oczekuj zmiłowania
Prosty bicz uderzy cię w plecy
A rana się nie zasklepi
Czas wcale jej nie goi
Lecz jeno rozdrapuje i pomnaża
Tak na twą latorośl spływa
Strumieniem zemsty pała
Ból niewidzialny zabójca miłowania

Tak krwawą balladę zacząwszy
Ulubieńcem strachu się stanę
Bo kto bluźni bluźniercy
Tu niestety ma przekichane


Fala

Idzie fala
Powstajemy na baczność
Szepczesz azymut wybrany
Wśród dzikich sadów jesieni
Przyjdzie nam brnąć po kolana
W pocie i w znoju w pogoni
Ku bezkresnym polom iluzji
Ku przepastnym kadziom pułapek
Na dno czy na wzniesienia
Po grudach ludzkich czaszek
I dokąd tak iść i po co
Dla gładkich w szpitalu klamek?


Głupi Jasiu

Krawat już na szyi, marynarka jeszcze w szafie
Pięknie Jasiu pięknie
No pokaż się mamie
Jasiu wkłada buty już na stołek wkracza
A tu jeszcze nań ślepi niedomknięta szafa
Schodzi Jasiu, marynarkę zakłada
I już jest gotów i pacierz odmawia
A krawat poprawia
Zaraz zapytasz po co to i na co
Krew ci w żyłach wzrasta
Zwolnij, zaraz, już, to tylko jeno momencik
Nasz bohater krzepki, różany znów na stołek daje szybkiego drapaka
Może żarówkę naprawia, może żyrandol chce zmienić
Lecz nie! Oj już, niestety...
Może poszedł wody szukać
A może mateńki


Modlitwa

Po ciemku jeno przy świecy
Proste układam słowa
By się wzbudziły jak zaklęta z papieru droga
W świecie gdzie ust nie masz
A serca pogrzebane
Miarowe twe tętno wyczuwam
Pytam jak jeszcze długo
Choć to głupota rzec można
Czekam przywrócenia
Czekam wolności
Czekam wybawienia

Dla upadłych
Dla martwych
Dla ubogich
Dla wszystkich co ich kocham
Dla tych co ich nie znam
Dla tych co jeszcze poznam

Palą mnie dnie
Palą poranki
Ja chcę już!
Tam gdzie moje
Ach świecą krużganki
Ach świecą pustkami
I słonością łez tylu wylanych
W kamiennym zamku
Kamienna rosa
Czy się o nas martwisz?
Więc czekam choć może to głupota

W marzeniach moich
Przyślij aniołów rozsądku
Przyślij wodę i mirrę
Okadź z popiołów głowy
A nikt już nie będzie potępiony
Nich zginie maraton idioty
W prastare ruiny się zmieni
I nowym imieniem rozświeci
Ten który porywał twe dzieci


Niedopałek

Gardeł przepalonych czerwoność aż rani
Nie jeść
Nie spać
Nie kłamać
Zabić
Bzdurą słów jaszczurczych telewizja kłamie
Mrówki w pajęczynie jadają kit
A wolność masz w bucie
Jak nie są za małe


Nieporozumienie

Tak trudno dostać się do mózgu
Patrzę w oczy a tu kipiel namiętności
Woda jak ocean głęboka
Męskość to jest przekleństwo!
Bariera jest jak kokota
Rozsiada się na okrak
I nie chce sobie pójść


Nałóg

Posągu na kolorowym monitorze
Czytasz czy już przeczytałeś
Klik klik, Klik klik
Porusza się kursor na białej namiastce papieru
Czarny atrament wybrał mi standard
Times New Roman

A może by tak...
Przespać rok do wiosny
Wesoło zaśpiewam pijana
Wypijmy za czasu stratę
Za nocki całe przegrane

Pociech nam mało, to jasne
A brzemię trwonić aż miło
Tu kusi mnie diabeł, to pewnik
Czas w przeszłość zamienia
Wolę na drobne rozmienia
Potem ma minę słodką
I mówi ach Ty Idiotko


Małżeństwo poety

Lapidarna postać, bodaj jak z kreskówki
Przemierza kuchnię wzdłuż i wszerz
Krok ma gibki a wzrok pełen werwy
Rozlicza bo rozliczać musi
Tak mu nakazał
Ten kto rozkazał
Wyszedł na chwilę
Ale zaraz wróci
(Wrócił)

-Ten sąsiad co za oknem
Ten połamany, co zwą go drzewkiem
Może gwiazdy mu nie służą
Ciekawe za jakie to grzeszki
Gałązki ma połamane
Siarczystym mrozem okładon
Skarży się w dzień i w nocy
Że tak go gryzą wrony
Wyje na wietrze i stęka
Jęczy mu ta połamana ręka
Lecz nie zaprzątaj sobie tym głowy
Ja się pomartwię za ciebie
Zatkaj uszy poduszką, nie myśl o takich smutkach
Oczy zamknij i odpręż zmęczone widokiem powieki
Ja się pomartwię za ciebie
(W końcu od tego jesteśmy my cholerni poeci)

Poczytaj sobie gazetę...

(Wyszedł...
Nie wytrzymał...)

Trzask drzwi jeszcze słyszę
A ja mu chciałam powiedzieć
Że jutro będzie lepiej


Wędrowcze!

Którędy pójdziesz wędrowcze
Przed sobą masz chmury za sobą kamienie
Wiarę z siebie wskrzesisz
Gdy ze strachu omdlejesz
Mrok i pokuta na barki ci wlezie
Siebie poświęcisz w ofierze
Na ołtarzu Boga którego nie znasz
Nikt nie pyta o jego imię
Sprawiedliwość?

Rosną nam dzieci sekt
Poszukują prawd
W kółko na zewnątrz
Po okręgu
Po okręgu
W locie ptaka
I w parku na ławce
Pod łóżkiem i pod ołtarzem
Na krzyżach i na palach
W ubóstwie i w przepychu

A ty pluniesz w twarz
Tym co we własnej studni prastary skarb dobędą?


Pusto-skłon

Pusto-skłon wypełniam codziennie
Pusto-skłon mnie nie omija
Od dwudziestego szóstego roku życia
Ukryta kamera filmuje
Jak w pusto-skłonie się zginam
Jowialnie, uprzejmie
A jakże...
Bez narzekań a czasem nawet zajadle
Czasem uśmiech sobie przykleję
W pusto-skłonie, pusto-skłonem , pusto-skłon poprawię


Dzień jutrzejszy

O słodka niewiedzy, o słodka iluzjo,
Dniu dzisiejszy,
Czy doprawdy nic nie wiesz,
O swym potomku – śmierci?


Toast

Sączysz swe wino urocze,
Przełykasz dzień pusty cały,
A nie wiesz żeś zamroczony własną krwią nieśmiertelności utoczonej wprost z twych żył,
W ręku trzymasz wyjedzoną czaszkę swoją,
To co pijesz nie winem jest, lecz krwią Twoją!
Na chwałę swego Pana wznosisz kolejny dziś toast.


Brakujące ogniwo w teorii Darwina

Kombinator koczkodan,
Puścił się z mrówką
I tak mu wyszła ta cała... – powiedzmy – Ludzkość…


Obnażony

Wszyscy się pomylili?
Wszyscy nie wdzieli?
Wszyscy nie zadrżeli,
Nie zawstydzili się?

Praktycy mówili gdzie są zgięcia,
Teoretycy filozofowali jak ją wyprać
Kuśnierze jak przerobić i wstawić kieszenie
Jubilerzy klaskali, jak  to szlif szafirów jest wspaniały
Panny wzdychały, młodzieńcy szeptali
A król był przecież nagi.

Sławny Królu Nagi
Załóż chodź w wór pokutny
Będziesz wtedy przynajmniej odziany.

Odrzuciłeś złoto, odrzuciłeś koronę i diamenty,
Dziś proch śmiertelny diamentem zwą wszyscy
Wychwalają twe imię
I z czułością gładzą kajdany
A tobie Królu Nagi nie wadzi ta sromota?
Kiedy krzyczę:
- Tyś nagi bogu Abrahama!


Zamek Kamelot

Podniebna forteca na dnie przepaści
Dziedziniec świeci pustkami a ludzi tam tłok
O zamku Kamelot

W mechaniźmie, trybiki i zamki
Kwarce i lustra za ścianami
Inwigilacja i swąd palonych zwłok
O zamku Kamelot

Gdzie nie pójdziesz tam burdel
Lub odstręczająca jatka
Rzeźnik trzyma nóż i oddziela mięso od kości
Tak mija tu kolejny rok
O zamku Kamelot

Na ganku widzę: Księżniczka,
Istota boska, w jatkę wchodzi
I pyta śmiertelnika
Dlaczego okrywa cię jeszcze mrok
Zstąpił już Zamek Kamelot!

O Pani rzekł rzeźnik i na straganie kmiot
Przeciera oczy gdy z noża kapie posoka kota.
A co to jest zamek Kamelot?


Kain

Był sobie raz wielbłąd i było też ucho
Ja byłem bogaty
Ty byłeś u taty
A jednak to ty wielbłądem się stałeś
Bo mamy nie słuchałeś

Ja bogactwo po swej stronie mam
I śpię z tysiącem dam
Zaraza mnie nie tyka
Choć me ciało krwawi
Wbijże mi nóż Kainie
Bo ja nie mam taty
A jestem bogaty


Rynna

Kałamarzu gdzie zgubiłeś swój koloryt
Słodkich bławatków na miękkiej rosie
Wspomnij mi czasem o kwieciu
Bo zapominam gdy pod rynną stoję
Wszystko wokół zamaka
I dziewczę się ze mnie śmieje
I kolaska mnie ochlapała

Odgarniam jasne pasmo włosów
Zmokniętych i przemrożonych
Kartkę utrzymam w dłoni
Choć lewa ręka mnie boli
Jasność przychodzi tylko czasem
A po omacku błądzi się zawsze

Ileż tu można wiedzieć
Ileż można wykrakać
Ileż ty możesz zdzierżyć
Ileż możesz wypłakać


homokonsumentus

Widz to mały pic
Lubi zerknąć lubi kliknąć
Lubi lubić i nie lubić
Lubi brykać i przymykać
Lubi jasność lubi ciemność
Lubi jak mu grają bębny
Lubi klaskać lubi łykać
Lubi kszykać
I przełykać

Korek z wanny
Puśćmy wała
Niech się spuści
Lipa cała!


Odezwa do narodu PL

Waszmoście i waszmość panie
Patryjoty i Kmioty
Wolni niewolnicy fabryk
I strusie z pawim ogonem
Do merców i tramwajarzy
Do wykwintniarzy
I do dekarzy
Luźno bez ściem
I bez ogródek
Dziś nam PL
Leży

Z workiem na głowie młócona
Kij i woda święcona
Kiepścizna górą i basta

A zróbmy pospólne ruszenie
Na jakiekolwiek wzniesienie
Zróbmy dziś kółko wspólne
I pyknijmy piwko podwójne

Myśleć nam NIKT nie zabroni
Chodź przyjdą po nas ONI



powrót na górę strony